Wspomnienia Kingi Kozieł o rajdzie po Ukrainie

Przejechać razem 1100 km to nie byle jaka historia. W takiej podróży odkrywasz drugiego siebie. Tyle możesz się dowiedzieć. Tyle nauczyć. Poznać swoje drugie ja. Poznać siebie w oczach innych. Tak… Bez Was nie byłoby takiej mnie. Bez Waszych uśmiechów, Waszego „dzień dobry” i Waszego „jest dobrze”. Zdumiewające, ile z Was wzięłam. Zaskakujące, jak dużo można dostać. Zupełnie od niechcenia, jakby przypadkiem, kreujesz ludzi wokół siebie… Masz tego świadomość?

Pan Sławek - Nieoceniony spokój w każdej sytuacji. Wszystko na jego głowie. Każdy nocleg, każda droga, każda decyzja, każdy kłopot. Przecież to wszystko spadało na niego. Oprócz sakw wiózł ze sobą głaz odpowiedzialności. Jestem pełna podziwu, że podołał. Mało kto ma w sobie taką siłę. I mogę 27 i pół raza powtórzyć , że jest dla mnie wzorem.

Pan Stanisław. I jest dobrze. Ale nie jedziemy na pogrzeb. Jego pozytywna energia i mądrość – czasem tylko to nas trzymało przy życiu. Budowało. Pomagało pokonać deszcz i przezwyciężać góry. Wizerunek, jaki mi wykreował – silnej, wytrzymałej, wręcz niepokonanej – poniosę przez całe życie. I ta troska, kiedy spotkałam się z ziemią lub gdy słońce bezlitośnie kradło wszystkie myśli. I orkiestra!

Pan Piotr. Jak to dobrze czuć nad sobą roztoczone opiekuńcze skrzydła dziadziusia. Nawet przyszywanego. Tylko on wie, jak wielką wartość ma kubek gorącej herbaty podany w czasie ulewnego deszczu i jak długo potrafi trwać walka z kaszlem i katarem. Czasem to irytujące – nikt z nas nie jedzie przecież na Ukrainę, by czuć się jak dziecko. Ale świadomość, że ktoś czuwa nad wszystkim – od mojego zdrowia aż po równomierność opalenizny na kolanach – działa mobilizująco. I nawet wybuch złości i kłótnia na pokładzie – to wszystko jest przecież potrzebne. Czasem trzeba człowiekiem potrząsnąć, żeby coś robił. Albo chociaż mówił… ;)

Marcin… Kto by pomyślał, jak wiele wniesie do grupy. I nieprawda, że tylko przeszkadzał, że wszystko opóźniał, że ciągle albo za bardzo na końcu albo za bardzo na początku. Zawsze gdzieś obok, nie z nami. Niby w grupie, a tak naprawdę poza. Był uświadomieniem. Wymownym obrazem, że choćby wszystko zaplanować z zegarkiem w ręku, to są rzeczy, na które wpływu nie mamy. Rozpędzeni gnaliśmy przed siebie, myśląc tylko o wyznaczonym celu. Dobrze, że zostawał z tyłu. Człowiek powinien wiedzieć, że są momenty w życiu, kiedy trzeba się zatrzymać. Choćby najpiękniejsze cele majaczyły przed oczami, choćby już tylko o krok – przecież na pierwszym miejscu zawsze powinien być drugi człowiek. Nawet jeśli bywa nieprzewidywalny, jeśli nie potrafi okazać wdzięczności, nawet wtedy, kiedy na próby pomocy odpowiada agresją i pretensjami – to zawsze człowiek. Warto mu podać dłoń, bo skąd możemy wiedzieć, czy za chwilę to my nie będziemy potrzebować pomocy? Każdy z nas jest tak bardzo złożony, że sam siebie nie jest w stanie poznać i sam ze sobą nieustannie, codziennie toczy walkę… Dla mnie był zagadką nr 1 całej wyprawy.

Julek. Wydawałoby się, że Szwecja wieje chłodem, a on przywiózł stamtąd bardzo dużo śmiechu. Podziwiałyśmy jego kondycję i siłę, którą tak ochoczo się z nami dzielił. Nie zdążyłam się odwrócić, a mój bagaż był już na 4 piętrze. Usuwał spod malutkich kobiecych stóp każdą przeszkodę i przyjmował z małych rąk każdy ciężar. I w dodatku przejrzał moje uczucia. Po kimś w tym wieku tego się nie spodziewałam.

Lesław. Każda wyprawa potrzebuje dobrego ducha. W naszej ekipie to właśnie on nim był. Nie żadnym błaznem, ale dużą porcją optymizmu. Nagle w zagmatwanym świecie pełnym smutnych ludzi zobaczyłam człowieka, który kocha życie i potrafi z niego korzystać. Człowieka, który na twarzy każdej napotkanej osoby wyczarowuje uśmiech. Zobaczyłam osobę, jaką zawsze chciałam być i jaką być nie potrafię. Zawsze będę wdzięczna za przywrócenie wiary w człowieka i w samą siebie. Za świat pięknie ubrany w słowa i przypomnienie, że kiedyś też tak umiałam. Za niezliczoną liczbę odsłon życia bez miłości. Spojrzałam na świat innymi oczami. Ale przecież nie może być inaczej, kiedy nagle w czyichś oczach zobaczyłam niebo i zapragnęłam mieć takie samo dla siebie.

I Kasia. Ogromnym nietaktem z mojej strony było początkowe przemilczenie jej obecności. A przecież, gdyby nie ona, w czasie, kiedy przemierzałam ukraińskie ścieżki robiłabym zupełnie coś innego. Była wzorem i impulsem, od którego wszystko się zaczęło – moja przyjaźń z rowerem, pokonywanie własnych lęków i uprzedzeń oraz nieodparta pokusa działania i dotykania rzeczy nieznanych. Przez kilka lat wspólnie pokonywałyśmy wyboje obieranych dróg po to, by wreszcie w „ukraińskiej przygodzie naszego życia” odkryć, że „ życie jest nowelą, której nigdy nie masz dosyć”. Bo choć wiele razy tak bezsilne, że stać nas było tylko na śmiech, to jednak szczęśliwe. Właśnie Kasia uczyniła faktem prawdę, że siła przyjaźni nie tkwi w słowach i deklaracjach, ale w byciu obok i wspólnym działaniu. Pomogła zrozumieć, że nie warto siedzieć w domu i narzekać, kiedy czeka na nas świat i tyle jeszcze pięknych rzeczy do zrobienia. W swoim sercu żywię ciche pragnienie, aby na zawsze pozostała wulkanem energii i nieustającym źródłem entuzjazmu, z którego w dalszym ciągu będę czerpać garściami.

Tak… Przejechać 1100 km to nie lada wyczyn. Przeżyć razem 14 dni w najprzeróżniejszych warunkach – słońcu i deszczu, upale i chłodzie, najedzeniu i głodzie, zmęczeniu i przypływie sił. I mimo wszystko pozostać jedną drużyną. Nie znienawidzić, a jeszcze bardziej pokochać innych. I wynieść nowe bagaże doświadczeń. To jest dopiero godne podziwu. W wyprawie na Ukrainę odkryć samego siebie poprzez innych.

Połaniec, 23 lipca 2010

Pingbacki

Pingbacki zamknięte

Trackbacki

                   
Subskrybuj nasze wpisy
August 2010
SunMonTueWedThuFriSat
July 2010 September 2010
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Czy jeździsz w kasku rowerowym?



x

#{title}

#{text}

#{close}
warning

#{title}

#{text}

#{close}
warning

#{title}

#{text}

#{close}
warning

#{title}

#{text}

#{close}
warning

#{title}

#{text}

#{title}

#{text}