Wycieczka do Paryża (przez Warszawę i Japonię) - Kinga Kozieł

Dzień I

6 sierpnia, punktualnie o godzinie 8.13, dokładnie tydzień później niż to było zaplanowane i wszędzie ogłoszone, miałam przyjemność wyruszyć z Połańca wraz z grupą pięciu podobnych mi rowerzystów-fanatyków w kierunku Gac Słupieckich na spotkanie przyjaciół ze Staszowa. Pełni energii gnaliśmy ile sił w nogach chcąc uprzedzić w umówionym miejscu Staszowiaków. Uff.... Udało się! Jesteśmy pierwsi! Krótka narada pod miejscowym sklepem i dwójka naszych odjeżdża w kierunku Warszawy tajemniczo napomykając coś o syrenkach. Reszta czeka. W pewnym momencie na czarnym tle szosy dostrzegamy żółtą plamę. Jadą! Powitania, uściski, krótka wymiana zdań i z promiennymi uśmiechami na twarzach ruszamy dalej. Jest nas 15 osób, co w mojej krótkiej 4-letniej przygodzie ze staszowskim PTTK jest swoistym rekordem frekwencji, jeśli chodzi o rajdy trwające więcej niż jeden dzień. Naszym celem jest Paryż, ale ze względu na złośliwość doby, która z niewiadomych względów nie chciała trwać dłużej niż 24 godziny, zatrzymamy się na nocleg w Tarnowie. Nie omieszkamy też zajrzeć do Japonii i oczywiście wspominanej wcześniej Warszawy.

A w stolicy, o dziwo, nie ma dużego ruchu. Jak zwykle wita nas syrenka dumnie patrząca w stronę Wisły. Zaraz, zaraz… Jej twarz do złudzenia przypomina naszą koleżankę Kasię! Kolejka chętnych do zrobienia zdjęcia z posągiem ustawia się błyskawicznie. Stojąc w ogonku zastanawiam się, czy naprawdę nikomu nie przeszkadza, że symbol stolicy dzierży w dłoni niebieską pokrywkę od rondla i kuchenny tasak? Ehh, turyści… Flesze wciąż błyskają, a tymczasem syrence powoli cierpnie ręka i kolana. Może by tak zmiana? Kolega Jurek ochoczo wciela się w symbol grodu Warsa i Sawy. Jeszcze kilka ujęć. Jedziemy dalej.

Kolejny przystanek na trasie to Szczucin, gdzie niektórzy postanawiają chwilowo rozstać się z żółtą koszulką PTTK-u na rzecz zdobycia rozleglejszej opalenizny. Trzeba przyznać – słońce wyjątkowo nas dziś rozpieszcza. Jest jeszcze wcześnie, a my z ochotą pozbywamy się kolejnych części garderoby. Żeby tylko z tego nie było jakiejś burzy! A może to tylko zapał do podróży tak nas rozgrzewa? W Szczucinie poza targiem przez który przejechaliśmy lawirując między czarnoskórymi sprzedawcami kołder i zaaferowanymi kupującymi oglądamy także kamienną figurę zwaną „Markiem” (wg legendy została wzniesiona z okazji przeprawy wojsk Jana III Sobieskiego przez Wisłę w wyprawie na Wiedeń), Muzeum Drogownictwa (ponoć jedyne takie w Polsce i w Europie!) oraz cmentarz, który stanie się niejako motywem wyprawy i jeszcze nie raz przewinie się w jej trakcie ku uciesze wszystkich uczestników ;) Zanim wyjedziemy ze Szczucina poblokujemy jeszcze trochę ruch na trasie nr 73 (cierpliwie znosząc nerwowe prychnięcia tirów za naszymi plecami) i ze śpiewem na ustach pojedziemy w kierunku Mędrzechowa. No dobrze, przyznajmy się – nie śpiewaliśmy, telefon kolegi Piotrka robił to za nas :)

Kolejny przystanek pojawia się znienacka i zmusza rozpędzony peleton do gwałtownego hamowania. Chcemy zobaczyć „Okopy Szwedzkie” w miejscowości Breń Podborze i GPS każe nam jechać rowem. Koledzy Sławek i Jurek sprawdzają jakość nawierzchni w tymże. Niestety, nie jest dostosowany do naszych wymagań toteż musimy zadowolić się uliczną prelekcją. Wieść niesie, że będzie mowa o przepisach BHP i zaczynamy się bać, że chodzi o naszą nieprzepisową jazdę na trzeciego. Co za ulga, że to jednak lekcja historii. Wszyscy mają skupienie na twarzach, ale czy słyszą cokolwiek poza pracującym w polu obok kombajnem – ciężko stwierdzić. Ruszamy. Jakie jest nasze zaskoczenie, gdy kilkadziesiąt metrów dalej napotykamy drogę wiodącą dokładnie w miejsce, które zamierzaliśmy obejrzeć. Oczywiście ochoczo skręcamy z gładkiego asfaltu na kamieniste ścieżki użytkowane głównie przez rolników. W końcu czego się nie robi dla ruin fortyfikacji, których data powstania do dziś pozostaje niejasna. Na miejscu powtórka z historii, tym razem doskonale słyszalna. Oglądamy, co jest do obejrzenia, fotografujemy co się da i opuszczamy pięciokątny zakątek. Następna stacja – Owczarnia.

W Owczarni chcieliśmy zobaczyć zabytkowy park na planie kwadratu, ale drogę zagrodził szlaban. Miła pani mieszkająca w domu obok wyjaśnia, że park przechodzi renowację i ze względów bezpieczeństwa wstęp jest zabroniony. Jedyne, co możemy obejrzeć bez poczucia zagrożenia to Dwór Konopków z XIX wieku. U jego wrót wysłuchujemy kolejnej prelekcji historycznej, obfotografowujemy się z każdej możliwej strony i wyruszamy na lipowo-dębową aleję, zwaną Aleją Sobieskiego, z którą kolega Roman z pewnością nie będzie wiązał dobrych wspomnień. To właśnie tam łapie gumę, której załatanie okaże się zadaniem przekraczającym nasze możliwości i która zmusi go do powrotu do domu.

W tym samym czasie kiedy część grupy zgłębia tajniki wulkanizacji, my też nie próżnujemy. Przeprawiwszy się przez wspomnianą aleję lokujemy się na trasie przejazdu konduktu weselnego i sporządziwszy pod przewodnictwem kolegów Jurka i Adama szlaban z rowerów wzbogacamy się o 2 butelki przezroczystego trunku. Wspomagani myślą o niespodziewanym, ale wyjątkowo mile widzianym, dodatkowym balaście w sakwach jedziemy dalej. Na Kowno!

A tymczasem jesteśmy w Odporyszowie. Zwiedzamy Sanktuarium Matki Bożej Odporyszowskiej, robimy zdjęcia z pomnikiem Jana Wnęki, po czym na dźwięk klaksonu kolegi Piotra dosiadamy rowerów i poruszamy się w kierunku Żabna, gdzie zwiedzimy kolejny cmentarz z okresu pierwszej wojny światowej i zjemy obiad. Kierując się wskazaniami GPS-u rzeczywiście trafiamy na cmentarz, ale żydowski i niedostępny dla zwiedzających. Trzeba zasięgnąć języka u miejscowych. Zaczepiony pan na skuterze chętnie przyjmuje rolę przewodnika i doprowadza nas do celu. Oglądamy. Po raz kolejny dosiadamy rowerów i udajemy się do centrum miasta, gdzie na pytanie: „Kto jest głodny?” tylko ja udzielam odpowiedzi twierdzącej. Skąd ci ludzie mają tyle siły?! ;)

A niebo chmurzy się i burzy. Idealny klimat dla spaceru po kolejnych cmentarzach. W drodze z Żabna do Tarnowa podziwiamy jeszcze kilka. W Biskupicach Radłowskich spora część grupy udaje się na niemiecki cmentarz wojskowy, ale po wpadnięciu w trawę i chwasty po kolana wycofuje się stamtąd dwa razy szybciej niż weszła i traci ochotę na brodzenie w zaroślach wojskowego cmentarza rosyjskiego po drugiej stronie ulicy. Na kolejne nekropolie udaje się tylko garstka najwytrwalszych pasjonatów. Przy ostatniej zdecydowanie większe zainteresowanie wzbudza pies na posesji sąsiadującej z zabytkiem – piękny i ogromny nowofundland. Ignoranci! ;)

Wieczorem przybywamy do dzisiejszego celu - Tarnowa. Przejeżdżamy przez miasto i dobijamy do kempingu „Pod jabłoniami”. Mój licznik wskazuje 92 km. Dokładnie w momencie wjazdu na teren posesji zaczyna kropić. Ma się to wyczucie czasu! Deszczyk na szczęście nie trwa dłużej niż 5 minut i po zakwaterowaniu i prysznicu możemy rozkoszować się obiadokolacją na tarasie tutejszej restauracji. Na tym jednak nie poprzestajemy – niektórzy spragnieni są dancingów i zabawy do białego rana, toteż po godzinie 22 impreza przenosi się do stolików przed domkiem nr 13. Tam rozprawiamy się z łupami weselnymi i tańczymy do muzyki puszczanej z telefonu komórkowego. Najodważniejsi zmierzyli się nawet z rytmami Rammsteina! Przy okazji „Tańca pod gwiazdami” nawiązano międzynarodowe kontakty z mieszkańcami sąsiednich domków i zerwano zapięcia od sandałów. Oficjalnie zabawa zakończyła się w okolicach północy, kiedy ucichło „Ohne dich”, a w zamku domku nr 13 zgrzytnął klucz, ale jeszcze przez jakieś pół godziny po kempingu niosły się gromkie śmiechy jego lokatorów.

Dzień II

Podczas gdy niektórzy mieszkańcy kempingu dopiero zaczęli układać się do snu, my powoli zaczynaliśmy się wybudzać. Pierwsi byli na nogach już w okolicach 5 rano (pomijając tych z nas, którzy podobno w ogóle spać nie poszli z różnych powodów – jednym szkoda było czasu, innych wyrzucono z domku za zbyt głośne chrapanie ;). Niektórzy wyglądają jakby stoczyli ciężką bitwę – z półprzymkniętymi powiekami wsparci na stolikach łapią promienie wschodzącego słońca. Po dwóch godzinach niespiesznej porannej krzątaniny i półgodzinnej sesji zdjęciowej na tle naszego lokum żółto-promienni i roześmiani wyruszamy w trasę. Paryż wzywa!

Na dobry początek rajd przez opustoszałe ulice miasta i seria zdjęć grupowych pod pomnikiem generała Józefa Bema. Następny punkt programu to ruiny zamku Tarnowskich z dotarciem do którego mamy pewne trudności. I bynajmniej nie chodzi o wspięcie się na skalisty cypel Góry św. Marcina, gdzie wzniesiony przez kasztelana krakowskiego Spycimira z Melsztyna w latach 1328 - 1331 zamek się znajdował, ale o znalezienie właściwej drogi dojazdowej. Gdy po kilkukrotnym zasięgnięciu języka u miejscowych wreszcie udaje nam się odnaleźć właściwy szlak część osób rezygnuje ze wspinaczki i postanawia zostać u podnóża góry, pozostali zaś podejmują wyzwanie i rowerem lub pieszo docierają do ruin, z których rozpościera się przepiękny widok na całe miasto. Warto było się pomęczyć! :) Tradycyjnie zostajemy uwiecznieni przez kolegę Andrzeja i powoli (idący pieszo) lub błyskawicznie (jadący rowerami) zniżamy się do poziomu czekających kolegów.

Żegnamy się z Tarnowem i udajemy się w kierunku Japonii będącej lewobrzeżnym przysiółkiem Szynwałdu. Początkowo nawet nie zauważamy, że jesteśmy już na terenie skośnookich. Spotkanie z miejscowymi rozwiewa wątpliwości. Robimy krótką przerwę w czasie której chętni fotografują się z gejszami. Ostatnie 30 sekund dla fotoreporterów, klakson, jedziemy dalej!

Teren dziś nieco bardziej pofałdowany niż wczoraj, a palące słońce daje się we znaki, ale cóż to dla dzielnych turystów ze Staszowa i Połańca! Mkniemy w kierunku Łęk Górnych, gdzie oglądamy zabytkowy drewniany kościół i cmentarz, na którym znajdują się nagrobki z czasów I wojny światowej. Jako że cmentarz znajduje się na dość stromej górze, część grupy chce poczekać u jej podnóża. Zły pomysł, ponieważ nasza trasa do Paryża wiedzie przez cmentarz, innej drogi nie ma. Po pokonaniu oporu (grupy i góry) dosiadamy rowerów, by po przebyciu kilku kilometrów znaleźć się wreszcie u celu. Paryż zdobyty! Dopadamy Paryżan i każemy im fotografować się z nami pod wieżą Eiffla. Śmiechom i radości nie ma końca. Nagle klakson – czas jechać dalej!

Kolejny przystanek na trasie, to Gospoda u Wiedźmy w Lipinach słynąca z przepysznych pierogów. W czasie posilania się porcją pierogowego miksu próbujemy odgadnąć, co właśnie jemy. Jednym wychodzi to lepiej, innym gorzej, ale po wyjściu wszyscy są zadowoleni. Rodzi się tylko pytanie – czy z tak pełnym brzuchem damy radę jechać dalej?

Początkowo idzie opornie, wleczemy się z prędkością 14 km/h, ale po paru minutach poobiedniej drzemki tempo zostaje podkręcone. Czyżby wyrzuty sumienia i chęć spalenia tego, co się zjadło? Kolejna atrakcja na trasie, to odwiert ropy naftowej w Starej Jastrząbce (niestety dziś pompa nie pracuje) i oczywiście cmentarz. Kosztujemy czystej ropy, po czym bardzo energicznie ruszamy w stronę Radomyśla Wielkiego. W narzuconym przez ucieczkę kolegów ekspresowym tempie dojeżdżamy do miasta bardzo szybko. Na rynku fotografujemy się z pierwszym polskim samolotem o całkowicie metalowej konstrukcji – PZL M-2 i uzupełniamy zapasy wody. Do domu zostało tylko 32 km.

Do następnej dłuższej przerwy w jeździe zmusza nas prom, który chwilę przed naszym przyjazdem odbił od brzegu. Czekamy aż po nas wróci i w międzyczasie fotografujemy się na tle Wisły. Po przebyciu wodnej granicy między Podkarpaciem a Ziemią Świętokrzyską tradycyjnie już udajemy się… nie, nie na cmentarz – na lody do Pana Reguły! Na odnowionym połanieckim rynku przychodzi nam się rozstać z grupą staszowską, która ma do przebycia jeszcze około 20 km. My już jesteśmy w domu. Mój licznik wskazuje 199 km. Żegnamy się życząc sobie rychłego spotkania na kolejnej tak udanej, słonecznej i wesołej wyprawie. Do widzenia!

 

Postanowiliśmy bez zgody Autorki - mamy nadzieję, że nie poda nas do sądu - podać jeszcze listę uczestników tej „wyprawy światowców”:

  • Kinga Kozieł
  • Katarzyna Skazińska
  • Paulina Buczek
  • Grażyna Migalska
  • Marcin Skaziński
  • Jerzy Han
  • Michał Kustra
  • Piotr Kustra
  • Adam Cieciorowski
  • Andrzej Sochacki
  • Roman Bieniaszewski
  • Piotr Nowak
  • Sławomir Migalski
  • Julian Placek
  • oraz koledzy ze Skarżyska Kamiennej
  • Mirosław Bąk i Stanisław Zieliński


Trasa Połaniec-Tarnów
http://www.gpsies.com/map.do?fileId=qbfoxepcfbmovjoq

Trasa Tarnów-Połaniec
http://www.gpsies.com/map.do?fileId=xotmyroabvftgvkm

Pingbacki

Pingbacki zamknięte

                   
Subskrybuj nasze wpisy
August 2011
SunMonTueWedThuFriSat
July 2011 September 2011
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

Czy jeździsz w kasku rowerowym?



x

#{title}

#{text}

#{close}
warning

#{title}

#{text}

#{close}
warning

#{title}

#{text}

#{close}
warning

#{title}

#{text}

#{close}
warning

#{title}

#{text}

#{title}

#{text}