Uroki Jury - relacja spisana przez Kingę Kozieł

Uroki Jury - relacja spisana przez Kingę Kozieł

I nastała zimna pora deszczowa. Wiatr, który zawsze staje z nami twarzą w twarz, deszcz, który pada tylko wtedy, gdy nie weźmiesz ze sobą parasola – wszystko próbuje dać do zrozumienia, że czas wypraw turystycznych już minął. Ale nie dajmy się zwariować. To nic, że jesień, że dni coraz krótsze. Nic tam, że temperatura coraz bliżej zera. Wszystko ma swoje uroki.

I właśnie tych uroków szukała 7-osobowa grupa nieustraszonych poszukiwaczy, która 15 października wyruszyła na Jurę Krakowsko-Częstochowską. Co udało nam się znaleźć?

 

Urok I: słońce

Staszów żegnał nas deszczem (może ubolewał, że opuszczamy go nie na rowerach, a samochodem?), Janów zaś powitał nas promieniami słońca nieśmiało przebijającymi się przez chmury. Daliśmy się zwieść - z samochodu wyskoczyliśmy bez kurtek na powitanie brakujących ogniw grupy, tj. Kasi i Pawła i natychmiast zmroziło nam krew w żyłach.

 

Urok II: prezent od narodu radzieckiego

Od śmierci z wyziębienia uratowała nas gorąca herbata z cytryną oraz nieoceniony dar wydarty wprost z piersi Lenina. Rozgrzani rosyjskimi metodami ochoczo wyruszyliśmy na trasę.

 

Urok III: niezła szopka

W Olsztynie swoje pierwsze kroki skierowaliśmy do „Betlejemowa pod strzechą” założonego przez Jana Wewióra. Jak na prawdziwego gospodarza przystało oprowadził nas po swoim gospodarstwie uprzyjemniając wędrówkę barwnymi gawędami. W starej chałupie, w towarzystwie aniołów i ruchomych postaci odbyliśmy krótką powtórkę z religii, a w lochach egzaminowaliśmy się z odwagi. Przepychając się do drzwi w krytycznym momencie chyba nie wypadliśmy zbyt dobrze, ale kto myśli o czymkolwiek, gdy tuż u stóp zobaczy samego diabła?

 

Urok IV: Giewont

Żegnając się z diabłem i innymi zmorami, pełni zapału wędrujemy ulicami Olsztyna w kierunku Biskupic. Za lasem przystajemy ze zdziwienia - pomyliliśmy kierunki i nieoczekiwanie znaleźliśmy się w Tatrach? Niektórzy pod wrażeniem zawrotnej prędkości z jaką się przemieściliśmy zapomnieli zabrać pozostawiony na trawie GPS i zmuszeni byli się wrócić. Czyżbyśmy nie byli w stanie poradzić sobie bez elektronicznego przewodnika?

Nasz Giewont okazał się Biakłem. Pod Olsztynem. Czar prysnął, ale tylko na chwilę. Stojąc na szczycie i nawilżając się kwaśnym deszczem zacinającym prosto w twarze podziwiamy jurajskie krajobrazy. Trzeba im to przyznać – nawet poprzecinane kominami mają swój urok.

 

Urok V: szlak, który trafił szlag

Wkroczyliśmy w lasy i pomimo niskiej temperatury (a może właśnie z jej powodu) zajęliśmy się gorącą dyskusją. I to ona doprowadziła nas do kresu. Nie, nie wytrzymałości. Po prostu skończył się nam szlak. Kierując się wskazaniami wariującej elektroniki szukamy wyjścia z sytuacji. I znajdujemy kolejne uroki.

 

Urok VI: zupa grzybowa

Jedno jest pewne – nawet jeśli nie znajdziemy wyjścia z lasu, nie umrzemy z głodu. Znaleźliśmy całe dwa grzyby. Co prawda po podziale wychodzi jakieś 0,28 grzyba na osobę, a jednym dodatkowo poczęstował się ślimak, ale nic tam. Na wszelki wypadek zabieramy je ze sobą.

 

Urok VII: błędy popełnione w drodze na szczyt

Wracamy na szlak, by ponownie z niego zboczyć na rzecz zdobywania dzikich szczytów. Zanurzeni po kolana w wielobarwnych liściach wspinamy się i znajdujemy jaskinię. Kolega Jura, który na Jurze czuje się jak u siebie, próbuje do niej wejść, ale okazuje się, że popełnił w młodości błąd i za duży urósł. Ja i Kasia takiego błędu nie popełniłyśmy i pewnie dlatego z trudem pokonujemy przewrócone pnie drzew. Koleżanka Jadzia błędów popełniać nie chce i dlatego z raz zdobytego szczytu zejść nie zamierza. Z pomocą męskiej części drużyny zmienia jednak zdanie i dołącza do dziatek czekających na dole.

 

Urok VIII: Król Lew, co rządził w Olsztynie

Z powrotem jesteśmy w Olsztynie. Postanawiamy zaatakować zamek od tyłu. Bez żadnych strat zdobywamy mury, a potem upamiętniamy się na ich szczycie. Przy wieży kręcą się strażnicy, ale lekceważymy ich. Króla Lwa znajdujemy ukrytego pod skałą od strony miasta. Zabieramy go ze sobą jako jeńca, a w zamku zostawiamy swoje służby morskie. Dumni z siebie chcemy opuścić gród bocznymi drzwiami. Ale właściwie dlaczego nie wyjść triumfalnie główną bramą?

 

Urok IX: kłamstwo, co ma krótkie nogi

I stało się. Przyłapani na gorącym uczynku, zostajemy przyparci do ściany. Przez cały czas wróg uważnie nas obserwował i teraz ponosimy straty. Nie przekonuje go nawet możliwość wspólnego zdjęcia.

 

Urok X: cudze łapy w naszym talerzu

Po takiej przygodzie wszyscy są głodni. Nawet Ci, którzy z nami nie szli. W połowie obiadu, gdy na stół wjechała ryba, pojawił się przy nas kot, który żałosnym miauczeniem dopominał się swojej doli. Raz poczęstowany pozostał z nami do końca posiłku, od czasu do czasu pchając łapy do nie swoich talerzy.

 

Urok XI: to, co głęboko ukryte

Na zakończenie dnia mamy jeszcze na tyle sił w nogach, że chcemy pokonać dodatkowe kilometry. W tym celu wyszliśmy na janowskie ulice i szukaliśmy tego, co głęboko ukryte. Udało się nam znaleźć skrytki w murze cmentarza żydowskiego i strażackiej sikawce. Dumni z siebie docieramy aż do Złotego Potoku, gdzie przecież mieliśmy przyjść jutro! Ktoś tu jest za bardzo do przodu. Czas wracać do domu.

 

Urok XII: wszystko, co rozgrzewa

Wieczorem dopada nas przejmujący chłód. Próbujemy go pokonać gorącą atmosferą imienin Jadwigi, ciepłymi wspomnieniami z wypraw kolegów Sławka i Jurka, resztkami upominków od Lenina i zaciekłą rywalizacją w konkurencji łapania dziabąga. Zwycięzcom pozwalamy się umyć i iść spać. Przegrani za karę mają całą noc czuwać i dorzucać drwa do ognia.

 

Urok XIII: księżyc w blasku słońca

Niedziela wita nas promieniami słońca. Nauczeni doświadczeniem zakładamy na siebie wszystko, co mamy w plecakach i wychodzimy. Zachęcani słońcem maszerujemy przez janowskie lasy, łąki i pagórki prosto na księżyc.

 

Urok XIV: podmuchy Afryki

Jako że księżyc wkrótce znikł nam z oczu skierowaliśmy się na Pustynię Siedlecką. Jej granic strzegł skalisty lew, przed niektórymi złośliwie ukrywający się pod maską hipopotama. Sama pustynia zachwyciła nas… liniami energetycznymi, po których można by tak szybko pomknąć w dół. Po krótkiej grze cieni w radosnych podskokach wróciliśmy na ziemię.

 

Urok XV: ciemna dupka

Jaskinia na Dupce próbowała się przed nami ukryć w lesie, ale i tak ją zdobyliśmy. Na pierwszy ogień poszli zwiadowcy, za ich okrzykiem ruszyli inni. Parę minut wspinaczki i jest! Rzeczywiście, ciemna… Bardzo chcieliśmy sprawdzić, jak to jest być w naprawdę czarnej d**** toteż pospiesznie do niej weszliśmy. Okazało się, że jest ślisko, trudno się wydostać i trzeba bardzo uważać. Bogatsi w tą wiedzę ruszamy dalej. Maszerującą kolumnę piechurów zdołał powstrzymać dopiero… płot. Po krótkiej naradzie ustalamy, że nie będziemy go forsować i po prostu go obejdziemy. Ale następnym razem…

 

Urok XVI: kamienie milowe Warszawy

Kolejny przystanek na trasie to kamieniołom ”warszawski”. Nad jego brzegiem konsumujemy śniadanie i podziwiamy braki. Kamień, który stąd wywieziono posłużył do obłożenia gmachu Urzędu Rady Ministrów i Sejmu RP. Podobno gdzieś tu jest też keszowa skrytka, ale jak mówią niektórzy, jej znalezienie przekracza nasze możliwości. Posileni ruszamy na poszukiwanie kolejnych uroków.

 

Urok XVII: brama Twardowskiego

Po kilkudziesięciu minutach marszu stajemy u bram posiadłości niejakiego Twardowskiego. Tradycyjnie już zbaczamy odrobinę ze szlaku, zajmujemy kluczowe pozycje na terenie nieruchomości i… pozujemy do zdjęć. W twarze łapiemy promienie jesiennego słońca, w nogach zaczynamy już czuć zmęczenie.

 

Urok XVIII: tajemnicze znaki

Na postój nie trzeba było czekać zbyt długo. Choć nie mamy samochodu, zatrzymujemy się na parkingu, gdzie koledzy Jurek i Sławek przyglądają się z bardzo bliska wszystkim znakom drogowym. W tym samym czasie my okupujemy ławkę i przyglądamy się przydrożnej handlarce, która z kolei bacznie przygląda się naszym znajomym. W tym wzajemnym zapatrzeniu trwalibyśmy długo, gdyby nie przerwało go dokonane przez kolegę Sławka odkrycie. Mamy skrytkę! Jeszcze tylko pamiątkowy wpis i pojemnik wraca na swoje miejsce. Czy to znaczy, że trzeba będzie wstać z ławki?

 

Urok XIX: diabelski mosteczek

Zachęceni entuzjazmem kolegów ospale opuszczamy miejsca siedzące i zgadzamy się na lekkie zboczenie. Ze szlaku. Kierujemy się w stronę Diabelskich Mostów, które ponoć są tak blisko, że grzechem byłoby ich nie zobaczyć. U podnóża skał oczywiście fotografujemy się. Na wspinaczkę i balansowanie na krawędzi piekieł nie dajemy się już namówić – wolimy udać się do źródeł.

 

Urok XX: u źródeł

Przy źródłach noszących imiona dzieci Zygmunta Krasińskiego, jedni szukają szczęścia w postaci skrytek, inni fotografują, a ja i Kasia podziwiamy piękno przyrody równocześnie szukając miejsca do przycupnięcia. Ale nie dajcie się zwieść – wcale nie bolą nas nogi. I nie jesteśmy głodne. Tylko… daleko jeszcze?

 

Urok XXI: rybka lubi pływać?

I wreszcie jest! Nie, nie koniec podróży. Pstrągarnia. Podczas gdy młodzi wczuwają się w czasy PRL stojąc w ogromnych kolejkach do kasy, starsi przyglądają się jeszcze żywym rybom pływającym w stawie. Po godzinnym oczekiwaniu na realizację zamówienia stajemy oko w oko z ofiarą. I jesteśmy tak głodni, że nie przeszkadza nam nawet jej pełne wyrzutu spojrzenie.

 

Urok XXII: dworek Krasińskiego

Ostatni już przystanek na trasie naszej podróży to dworek Krasińskiego w Złotym Potoku, o którym dużo mówić nie trzeba – dworek jak dworek, każdy z nas dworek ma. Podobnie jak fortepian i wszystkie inne przedmioty eksponowane w tutejszym muzeum. Tak przynajmniej wynika z ustaleń kolegi Jurka. Nikt z nas nie ma za to zdjęcia na tle dworku i tutejszego stawu. Nie mamy też zdjęć z kobietą pracującą. Szybko nadrabiamy zaległości i kierujemy się do Janowa.

 

Urok XXIII: pożegnania

I stało się! Dwudniowa wyprawa w poszukiwaniu uroków Jury dobiega końca. Ale nie tylko Jura odebrał lekcje. Każdy z nas czegoś się nauczył. Że z życiem jak z dziabągiem – trzeba mieć refleks i popełniać jak najmniej błędów. I choć czasem odchodzą niezłe szopki, to z każdej dupki znajdzie się jakieś wyjście.

 

A pożegnania nie są takie straszne, kiedy na horyzoncie majaczą już kolejne wspólne podróże :)

A w odczynianiu tych uroków brali udział: Kasia i Marcin Skazińscy, Jadzia i Jura Hanowie, Kinga Kozieł, Paweł Szkop i Sławek Migalski.

Pingbacki

Pingbacki zamknięte

Trackbacki

                   
Subskrybuj nasze wpisy
November 2011
SunMonTueWedThuFriSat
October 2011 December 2011
  12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930   

Czy jeździsz w kasku rowerowym?



x

#{title}

#{text}

#{close}
warning

#{title}

#{text}

#{close}
warning

#{title}

#{text}

#{close}
warning

#{title}

#{text}

#{close}
warning

#{title}

#{text}

#{title}

#{text}